Ofensywa Obamy na Pacyfiku

Email Drukuj

Barack Obama rozpoczyna wielką ofensywę dyplomatyczną w rejonie Azji i Pacyfiku. Pogrążona w kryzysie Europa coraz wyraźniej odsuwa się na drugi plan. Między USA i Chinami rośnie napięcie a dążenia do ustępstw nie widać po żadnej ze stron. Podczas wizyty w australijskim parlamencie prezydent USA zadeklarował[1], że jego kraj jest ,,pacyficzną potęgą’’ i ,,tak pozostanie’’. Zapewnił Australię i innych swoich sojuszników z tej części świata, że cięcia w amerykańskiej zbrojeniówce ,,nie odbędą się kosztem regionu Azji i Pacyfiku’’. Strony podpisały umowę o wysłaniu kontyngentu 250 żołnierzy do bazy U.S Marines w Darwin na północy Australii. Liczba wojskowych ma się stopniowo zwiększać do 2500 ludzi a razem z nią częstotliwość rotacji amerykańskich samolotów.

Obama przekonywał, że po dekadzie ,,nadzwyczajnych wydatków’’ związanych z misjami w Iraku i Afganistanie czas na ich obniżenie. Dodał, że rozkazał zespołowi odpowiedzialnemu za bezpieczeństwo USA by ten ,,uczynił obecność i misje w regionie Azji i Pacyfiku najwyższym priorytetem’’. Prezydent wywodzący się z Partii Demokratycznej znalazł się pod presją republikańskiej części Senatu i opozycyjnych kandydatów do prawyborów prezydenckich którzy domagają się zaostrzenia polityki wobec coraz bardziej asertywnych Chin. Obama zapewnił, że USA nie boją się Chin, a raczej witają je ,,rozwijające się i pokojowe’’.

Chińczycy błyskawicznie zareagowali na amerykańską inicjatywę w Australii zadając ,,pytanie o jej zgodność ze wspólnymi interesami społeczności międzynarodowej’’. Ministerstwo Spraw Zagranicznych Chin stwierdziło lakonicznie, że "intensyfikacja i rozwój sojuszy wojskowych mogą być nie do końca właściwe i zgodne z interesami krajów regionu’’.

Działania USA to wyraźny sygnał dla regionu zaniepokojonego agresywnymi poczynaniami Państwa Środka w rejonie Morza Południowochińskiego i jego przyspieszoną militaryzacją. Prezydent Obama z Australii uda się na Szczyt U.S.-ASEAN na wyspę Bali należącą do Indonezji.

Część ekspertów[2] ocenia ruch Stanów jako stworzenie wojskowego ,,sanktuarium’’ znajdującego się poza zasięgiem nowych chińskich pocisków balistycznych i z napędem rakietowym. W ich zasięgu znajdują się obecnie bazy w Japonii, Koreii i na wyspach Guam. Posunięcie to może być również próbą rozciągnięcia strefy bezpieczeństwa na rejon Oceanu Indyjskiego w obliczu postępującej integracji tego najbardziej dynamicznego regionu świata zawierającego Chiny i Indie.

Nowa baza w Australii może zagrozić jej relacjom handlowym z Państwem Środka, które wyrasta na jej największego partnera handlowego. Kraj-kontynent ma jednak alternatywę w postaci Partnerstwa Transpacyficznego, czyli stworzonej przez USA strefy wolnego handlu w regionie Azji i Pacyfiku w której nie uczestniczą Chiny. Jest to nowa arena ekonomicznej rywalizacji pomiędzy mocarstwami, na której może rozegrać się walka o przyszłą dominację na świecie.

Ofensywę Obamy popiera konserwatywna Heritage Foundation[3]. Organizacja zachęca prezydenta USA do dalszych posunięć jak krytyka ,,rewizjonizmu’’ Chin żądającego ekskluzywnych praw do ,,bliskich mórz’’ oraz regionu Morza Południowochińskiego. Według Fundacji Stany powinny wykorzystać do tego celu szczyty APEC i szczyt ASEAN na Bali na który po raz pierwszy wybierają się Amerykanie i Rosjanie, co również jest swoistym znakiem czasu.

HF nawołuje do tworzenia sojuszu z państwami regionu, które tego oczekują, co ma pokazywać zbliżenie USA z komunistycznym Wietnamem, który w obawie o swoje bezpieczeństwo zrzucił historyczny balans w relacjach między stronami i naciska na zwiększenie obecności Amerykanów w regionie.

Oprócz tego Fundacja widzi szansę w rozszerzaniu Partnerstwa Transpacyficznego na Japonię i Indie. W nowej rzeczywistości ekonomicznej kreowanej przez USA, konserwatyści z think tanku widzą również bliżej niesprecyzowaną rolę dla Tajwanu, którego partycypacja w strefie na pełnych prawach państwa byłaby wysoce kontrowersyjna.

Po wypowiedzi Generała Luo Yuan z Departamentu Logistyki Armii Ludowo-Wyzwoleńczej, który w obliczu ostatniej sprzedaży amerykańskiej broni na Tajwan domagał się[4] niesprecyzowanego ,,sprytnego lub niebezpośredniego rewanżu’’, pojawiają się kolejne wypowiedzi chińskich wojskowych nawołujące do stanowczej reakcji na ekspansję USA w regionie. Na finansowanym przez komunistów za pomocą Dziennika Ludowego Strong China Forum dwóch wiodących w mediach przedstawicieli chińskiej armii – Wielki Generał Peng Guangqian (strateg Akademii Nauk Wojskowych AL-W) oraz Starszy Kapitan floty AL.-W Kapitan Li Jie (strateg w Instytucie Badań Nawalnych AL-W) – oceniło, że ,,wiedziona przez USA międzynarodowa konspiracja zaciska pętle wokół szyi Chin’’.

Wojskowi stwierdzili, że Państwo Środka musi odpowiedzieć ,,siłą i wieloma wyszukanymi środkami’’ – pozostaje pytanie kiedy. Wyrazili oni opinię, jakoby kilka dalekich państw (Miles Yu z The Washington Times uważa, że chodzi o USA, Indie i Japonię) kolaborują z państwami regionu mającymi konflikty terytorialne z Chinami, w celu ich otoczenia i zniszczenia.

A zatem Państwo Środka czuje, że w jego otoczeniu zaczyna brakować powietrza. Amerykanie zdają się potęgować tę tendencję i naciskać dalej na Pekin, by wymusić na nim uległość. Wygląda na to, że Ameryka postanowiła udowodnić światu kto rządzi na Pacyfiku. Abstrahując od agresywnej retoryki Chin która może się skończyć w sądzie ale i na polu bitwy, chińskie posunięcia konsolidują jej sąsiadów z USA[5]. Pomaga to Stanom Zjednoczonym stopniowo oplatać otoczenie Państwa Środka witkami handlowymi i wojskowymi. Osaczone Chiny mogą się poddać, walczyć o swój kawałek tortu lub zareagować w sposób typowy dla totalitarnych reżimów.